Rozdział 1 - Anarchia

|ROZDZIAŁ PIERWSZY|
•ANARCHIA
Nad pustą autostradą unosiła się jeszcze poranna mgła. Ledwo co widoczne słońce zza ciemnych chmur nie dawało za dużo ciepła. Sprawy nie poprawiał również chłodny wietrzyk doprowadzający do gęsiej skórki. Tą właśnie opuszczoną przez świat autostradą szła młoda kobieta licząca sobie nie więcej niż 23 lata. Jej krótkie obcięte na chłopaka blond włosy lekko mierzwił wiatr, a zielonozłote dzikie oczy czujnie obserwowały każdy ruch trawy bądź wypatrywały zbliżającego sie niebezpieczeństwa. Czujna, nasłuchiwała każdego dźwięku w tym trzepotu ptasich skrzydeł. Chociaż nie...Dawno nikt nie widział ani nie słyszał ptaków tak samo jak i innych zwierząt. Jedynie kruki dumnie czuwały na cmentarzyskach bądź przy miejscach morderstw utwierdzając swój pseudonim "ptaki śmierci".
Tak to ja. Jestem Vi i jeszcze żyję cholerne ptaszyska! Wara ode mnie! Dobra wracając do mnie. Nie należę do żadnej grupki albo organizacji. W zasadzie jestem całkiem sama chyba, że towarzystwo kruków się liczy. Jestem zdana tylko i wyłącznie na siebie. Zaistniała sytuacja zmusiła mnie do ucieczki z miasta. Zaczęłam się zastanawiać czy obecne usytuowane jest dla mnie korzystne, czy raczej nie. Dla innych takich jak ja, którzy muszą radzić sobie sami spawa jest prosta. Uważają, że mają przesrane i żyją w ciągłym strachu, bądź rozpaczliwie próbują „wkupić” się w łaski gangów bądź innych grupek. Dla tych drugich tak zwanych Dyktatorów sprawa ma się całkiem inaczej. Oni kierują grupkami i organizacjami zapewniając swoim ludziom jedzenie, wodę i bezpieczeństwo. Względne bezpieczeństwo. Co do mnie to chyba nie pasuję do żadnej podgrupy. Owszem jestem zdana tylko i wyłącznie na siebie, ale mi to pasuje. Szczerza? Jestem zbyt dumna i dzika by być pod kogokolwiek władzą. Nie wytrzymałabym 5min. słuchając jakiegoś zapatrzonego w siebie, tchórzliwego dupka. Kiedy tak szłam rozmyślając nad różnymi sprawami i przeklinając w duchu zbliżającą się zimę zauważyłam przy drodze dość spory drewniany dom. Stanęłam przed nim i przez parę sekund nasłuchując. Cisza.
-Może w końcu uda mi się znaleźć jakąś porządną broń- powiedziałam spoglądając na nędznej jakości nóż kuchenny który w tej chwili służył mi do obronny. Wzięłam głęboki oddech i cicho otworzyłam drzwi.
-Halo? Jest tu kto?
Weszłam do pokoju, który był kuchnią połączoną z salonem.
-Raczej pusto… Dobra do roboty.
Przeszukałam wszystkie szafki i nie znalazłam nic oprócz paru kłębków kurzu.
-Cholera tak jak myślałam wszystko przeszukane. W lodówce też pusto...zajebiście.
Skierowałam się w stronę schodów prowadzących na piętro. Na górze rzuciła mi się w oczy jedna rzecz. Mnóstwo książek.
-O proszę ile książek niczym w bibliotece. Może coś wybiorę z tego zbioru. Hmm.. "Dziennik Bridget Jones" pamiętam czytałam to kiedyś! Podobało mi się a film też był na poziomie. Nagle usłyszałam jakiś dźwięk.
-O cho! Co tym razem?
Z oddali słychać było silnik samochodu który niebezpiecznie szybko się zbliżał. Wyjrzałam przez okno i potwierdziły się moje najgorsze obawy. Samochód stanął pod tym domem i wysiadło z niego dwóch gości. Obydwoje mieli maski oraz broń. Tylko jeden miał oprócz wiatrówki, nóż dobrej jakości.
-O nie tylko nie to. Co robić? Co robić?
Pierwszą rzeczą w której mogłabym się ukryć była szafa. Bez wahania do niej wskoczyłam i cicho zamknęłam drzwiczki.
-Kurwa, kurwa, kurwa masz przesrane. Świetny pomysł Vi! Wspaniały! Schować się w najbardziej oczywiste miejsce na świecie!- mówiłam szeptem do siebie i jednocześnie nasłuchiwałam odgłosów z zewnątrz.
-Jak tylko kogoś zobaczysz od razu zabij- powiedział jeden z nich.
-Dobra tu nic nie ma! Chodźmy na górę!- powiedział drugi głos
"Fuck my life! Idą tu!"
Usłyszałam kroki na schodach i po chwili zobaczyłam przez szparę tą dwójkę.
Jeden z nich stanął tuż przy szafie i serce skoczyło mi do gardła. Jednak po chwili zostawił mnie/szafę w spokoju.
-Hmm..Tutaj chyba nic nie ma...Przeszukaj te pudła- powiedział gość z nożem, a ten drugi natychmiast wykonał polecenie.
Nagle ten pierwszy wbił nóż o prosto w serce kompana przeszukującego pudła.
-Wybacz, ale nie jesteś już mi potrzebny- powiedział wyjmując nóż i dobijając go. Po tym zszedł na dół i chwilę później słuchać było jak odjeżdża z piskiem opon.
Wyszłam z szafy i zabrałam trupowi wiatrówkę i amunicję.
-Ha! Tak mu się spieszyło, że nawet broni nie zabrał. Debil. Dla mnie lepiej w końcu mam coś do obrony.
Ruszyłam w dalszą podróż.
************************************
Nastała noc a ja szłam dalej przez las. Nagle zauważyłam światło w oddali
-Hm..? A to co?- powiedziałam przyglądając się temu nietypowemu zjawisku.
"Lepiej to sprawdzę."
Poszłam w stronę światła czego "teoretycznie" nie powinnam robić bo to w końcu droga do śmierci...chyba... Okazało się ,że to małe obozowisko z dwoma namiotami, ogniskiem i tabliczką z napisem "Zjeżdżaj stąd zanim zrobię ci krzywdę!!!" Oesu już się boje naprawdę. Z daleko nikogo nie było widać wiec pewna siebie wkroczyłam na "teren wroga". Tia. Lekkomyślność to moje drugie imię.
"Mimo wszystko muszę być ostrożna. Jednak lepiej dmuchać na zimne" pomyślałam wyjmując wiatrówkę i odbezpieczając ją.
Rozejrzałam się chwilę i zauważyłam dwie skrzynie.
-Chyba nikogo nie ma... To dobry moment by wziąć parę rzeczy.- szepnęłam podbiegając do nich. Jedna była pusta natomiast w drugiej było trochę jedzenia i wody.
-O proszę trochę wody i jedzenia. Lepiej nie mogłam trafić.- powiedziałam wkładając do plecaka nowe zdobycze. Nagle usłyszałam trzask gałęzi. W ciągu sekundy odwróciłam się na pięcie i wycelowałam w... dzieciaka? Chłopak miał góra 14-15 lat albo bynajmniej na tyle wyglądał. Ręce mu się trzęsły a w oczach widziałam przerażenie. Mimo to nie zmieniałam groźnego wzroku.
-N...ni...nie ruszaj sięę.- powiedział trzęsącym głosem. Aż chciało mi się śmiać. Jednak ukryłam wewnętrzne emocje i powiedziałam.
-Dobrze ci radzę młokosie zjeżdżaj mi z drogi bo oberwiesz.
Nagle usłyszałam za sobą usłyszałam twardy męski głos.
-Raczej mamy przewagę. Odłóż broń i ręce do góry!
-Kurwa... Dobra tylko spokojnie panowie.

0 komentarze:

Prześlij komentarz